poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Smutek...

Niestety nie udało się zrealizować olimpijskiego marzenia...

Konkurs olimpijski z początku układał się po mojej myśli, ale niestety zaciełam się na wysokości 4.75. Nie wiem czym to było spowodowane. I takim sposobem odpłynął medal olimpijski. Myślę, że po części nie wytrzymałam psychicznie presji wywieranej na mnie przez otoczenie ale też przeze mnie samą. Tak bardzo chciałam, że aż za mocno! Teraz nasuwają się miliony innych rozwiązań, zagrywek technicznych, doboru tyczek i ustawień stojaków. Ale trzeba było mieć tyle myśli w trakcie konkursu, a nie po fakcie. Zawiodło trochę moje bieganie, nie czułam się pewnie na rozbiegu.

I pewnie znalazłabym wiele innych przyczyn niepowodzenia, ale przede wszystkim chciałabym podziękować za wsparcie najbliższych, moich przyjaciół, znajomych, którzy trzymali bardzo mocno kciuki za mój dzisiejszy występ. Za wszystkie maile i wpisy, również te na naszej klasie. Były to dla mnie piękne wyrazy wsparcia. Wywoływały i uśmiech i łezki wzruszenia. Dziękuję jeszcze raz z całego serca!

Pozdrawiam

Monika

niedziela, 17 sierpnia 2008

Wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń

Wczoraj odbyły się eliminacje skoku o tyczce kobiet. Do zakawalifikowania się do finału wystarczyło pokonanie wysokości 4.50. Monika oddała trzy dobre skoki: 440 w pierwszej próbie, 450 w drugiej próbie. Zawody odbywały się rano przy ostrym słońcu. Zawodniczki czekając na swoje skoki szukały odrobiny cienia na stadionie.

Finał odbędzie się jutro co 19.20 czasu pekińskiego. Do finału awansowały następujące zawodniczki:

Swetlana Feofanova

Hingst Carolin

Fabiana Murer

Shuying Gao

Monika Pyrek

Vanessa Boslak

Jennifer Stuczynski

Anna Rogowska

April Steiner-Bennett

Silke Spiegelburg

Yulia Golubchikova

Elena Isinbaeva


Trzymajcie kciuki!


czwartek, 14 sierpnia 2008

Spokojny bądź, spokojnie siądź na co Ci te emocje


Witam wszystkich!

Dziękuję za wszystkie życzenia urodzinowe!

Dotarliśmy do Pekinu i do wioski olimpijskiej. Wszystko jest tutaj ogromne i robi niesamowite wrażenie. Wioska żyje swoim życiem. Przez pierwszy dzień trudno było się zorientować gdzie co się znajduję. Na każdym budynku wywieszane są flagi różnych państw. Wioska ma swoje centrum medyczne, logistyczne i oczywiście rozrywkowe. Codziennie organizowane są występy na głównym skwerze. Można skorzystać z usług fryzjerskich oraz manicure i pedicure, a nawet z klasycznego chińskiego masażu stóp. Kolekcjonerzy pinów olimpijskich zaczepiają na każdym rogu chcąc się wymienić na polskie przypinki. I tak czas mija. Czuć atmosferę Igrzysk!

W Pekinie miałam jeden trening techniczny, udany. Jestem w dobrym nastroju, ale emocje już dają o sobie znać. W sobotę 16 sierpnia o godz. 10.10 rozpoczynają się eliminacje skoku o tyczce. Zgłoszono rekordową ilość zawodniczek w liczbie 38. Minimum kwalifikacyjne do finału to 4.60 również rekordowo wysokie. Eliminacje nie będą łatwe, dlatego też trzeba zachować zimną krew i robić swoje. Trzymajcie kciuki.

Pozdrawiam

Monia

( na zdjęciu od lewej: K. Skolimowska, ja, J. Wiśniewska )

sobota, 9 sierpnia 2008

Nie płacz kiedy odjadę...


No i obóz w Kochi zleciał bardzo szybko. Jutro ostatni dzień. Popołudniu wylatujemy do Osaki tam spędzimy noc w hotelu i w poniedziałek z rana ruszamy do Pekinu.
Z obozu jestem zadowolona. Treningi techniczne wyszły bardzo dobrze. Co prawda dokuczał mi ból pod kolanem w nodze odbijającej, ale udało się zapanować nad tą dolegliwością.
Kochi przyjęło nas bardzo dobrze ( oprócz świateł ). W hotelu serwowali dobre jedzenie, dzisiaj nawet były gołąbki. Z pierogami sobie nie radzą, ale chwała im za to że próbowali :)
Dzisiaj również byliśmy na pokazie tradycyjnych tańców japońskich. Oczywiście doktor Biegański nie byłby sobą gdyby do nich nie dołączył. Ubaw był po pachy :)
Także żegnamy Kochi w dobrym nastroju i ..... uciekamy do Pekinu!

Buziaki

Monia

środa, 6 sierpnia 2008

Chryzantemy złociste...

Jesteśmy w Japonii. Już 3 dzień mija od przyjazdu. Aklimatyzacja na razie przebiega pomyślnie. Choć w dzień bardzo chce się spać. W naszym hotelu są specjane łaźnie japońskie z gorącymi źródłami. Od czasu do czasu korzystamy z tych wygód. Pogoda jest do zniesienia, rok temu było znacznie cieplej. Ale do wilgotności trzeba się przyzwyczaić.

Wczoraj mieliśmy trening techniczny. Historia z roku ubiegłego się powtarza. Oświetlenia nie będzie, gdyż chryzantemy śpią. Dla przypomnienia historii - Wokół stadionu położone są pola chryzantem, gdy włączane są reflektory na stadionie, to kwiatki myślą, że jest dzień i rozkwitają. Tak więc światła nie będzie. Na szczęście ja będę miała jeszcze tylko jeden trening techniczny. Zaczniemy go troszkę wcześniej, żeby móc nacieszyć się światłem dziennym.

Pozdrawiam

Monia

 

wtorek, 5 sierpnia 2008

Wywiad: Ja już swoją tragedię olimpijską przeżyłam

"Jelena też się myli. Niedawno w Sztokholmie skoczyła 4,85 m. Wyżej nie dała rady. Gdzieś tam cień szansy jest... Ale nie nastawiam się na konkretny cel. Nikomu nie będę obiecywać, że jadę na igrzyska, by przyczaić się na Jelenę. Jadę tam po to, by zrealizować samą siebie. Będę zadowolona, jeżeli po finale wyjdę ze stadionu i nie będę miała żadnych wątpliwości, że można było zrobić coś więcej" - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM polska tyczkarka Monika Pyrek.

Inni lekkoatleci mogą w Pekinie zdobyć medale, na panią liczą wszyscy. Lubi pani startować pod taką presję?

Wolałabym, żeby mnie nie stawiać w takiej sytuacji.

Sama siebie postawiła pani w takiej sytuacji, od lat skacząc na najwyższym poziomie.

To miłe. Ale... Nie demonizuję igrzysk. Nie wmawiam sobie, że skoro to konkurs olimpijski, to wynik musi być nie wiadomo jaki. Skaczę już tyle lat, że naprawdę wiem, co mogę osiągnąć, a czego nie.

To co może pani osiągnąć w Pekinie?

Będę walczyć o medal, to jasne.

W czołówce jest bardzo ciasno.

Zdaję sobie sprawę, że o ten medal będzie walczyć osiem zawodniczek, a nie tylko trzy. Jestem w dobrej formie, ale co będzie w kwalifikacjach i w finale, jak się zachowa mój organizm, jak się zaaklimatyzuję, tego nie wiem.

Jelena Isinbajewa poprawiła w tym sezonie rekord świata już dwa razy. Nie wyprowadziła tym pani z równowagi? Nie zmniejszyła w pani wiary w siebie?

A dlaczego miałabym mniej w siebie wierzyć? Ona bije rekordy, a pozostałe tyczkarki mają się poddać, wycofać?

Pewnie, że nie, ale jednak jej skakanie o 20, a nawet więcej centymetrów wyżej może podciąć skrzydła.

W żadnym wypadku! Trafiłam na erę fenomenu. Artur Partyka też trafił na fenomena, Javiera Sotomayora. I co, miał nie skakać, miał zakończyć karierę? Nie. Każda z nas przez te lata, kiedy wiadomo, że Jelena jest najlepsza, nauczyła się skakać dla siebie. Pierwsze miejsce niby jest dla niej zarezerwowane, ale nikt nie odda jej go za darmo. Isinbajewa też musi walczyć. Nie może odpuścić. I ona o tym wie.

Nie jest pani zła, że trafiła się pani taka Isinbajewa?

Jeżeli mnie to wkurza to tylko wtedy, kiedy po zawodach pisze się i mówi tylko o Jelenie. Kiedy skacze rekord świata i nawet nie wiadomo, czy ktokolwiek z nią startował. To takie niedocenianie pozostałych dziewczyn. Ale z drugiej strony naprawdę każda z nas skacze dla siebie. Ja żyje swoim życiem, nie Jeleny.

Ostatni rekord Isinbajewa poprawiła dwa tygodnie przed igrzyskami. Postraszyła was, czy nie ma to żadnego znaczenia?

Śmieję się, że kiedy Jelena długo nie poprawiała rekordu, wszyscy się dziwili, dlaczego tego nie robi. A teraz, kiedy je poprawia, wszyscy się dziwią, że to robi. Jest świetnie przygotowana. I co ja mogę zrobić? Tylko walczyć. Z całych sił.

Można z nią powalczyć?

Jelena też się myli. Niedawno w Sztokholmie skoczyła 4,85 m. Wyżej nie dała rady. Gdzieś tam cień szansy jest... Ale nie nastawiam się na konkretny cel. Nikomu nie będę obiecywać, że jadę na igrzyska, by przyczaić się na Jelenę. Jadę tam po to, by zrealizować samą siebie. Będę zadowolona, jeżeli po finale wyjdę ze stadionu i nie będę miała żadnych wątpliwości, że można było zrobić coś więcej. Chcę medalu, ale jeżeli go nie zdobędę, to co będę mogła zrobić? Nic.

Zostawmy Isinbajewą. Jest jeszcze Amerykanka Stuczynski, też skacze bardzo wysoko.

No właśnie. Nie wiadomo, w jakiej będzie dyspozycji. Niedawno w Londynie bardzo pewnie skoczyła 4,80 ale miała dobre warunki. Kiedy skacze w Stanach wiadomo, że przeważnie ma perfekcyjne warunki, wiatr w plecy, do tego wielki materac, żeby pewnie się czuć. A w Europie czasami skacze się na malutkie materace, o wietrze lepiej nie mówić. Według mnie wszystkie, może poza Jeleną, startujemy z tego samego poziomu. Walka o olimpijskie podium będzie straszna.

Cztery lata temu w Atenach zajęła pani czwarte miejsce, przeżyła pani dramat, chciała pani kończyć karierę.

Wszystko prawda. Przy okazji igrzysk byłam już zła na siebie, nie chcę takich złych emocji drugi raz.

Forma jest, w tym sezonie skoczyła pani 4,75 dwa razy. Ale na medal może to być za mało.

W Pekinie chciałabym skoczyć w pierwszej próbie 4,80. To na pewno da medal. Nie wiem, czy coś niżej zagwarantuje miejsce na podium. Rok temu na mistrzostwach świata w Osace nikt się nie spodziewał, że 4,75 nie da medalu. Ja byłam tam czwarta, z takim samym wynikiem, co druga. Teraz też może się liczyć liczba zrzutek.

Czyli sprawa jest prosta - w finale musi pani być w życiowej formie.

Wygląda na to, że tak. Dużo będzie zależało od warunków, od pogody, ale skakanie będzie musiało być bardzo wysokie, na granicy mojego rekordu życiowego.

Przyjmijmy, że nie będzie ulewy, gradobicia, wichury.

Trzeba skoczyć 4,80. Atakował to wiele razy w tym sezonie. Najbliżej byłam w Rzymie, już byłam za poprzeczką, trąciłem ją przy spadaniu.

Dzięki temu teraz pani wie, że można tyle skoczyć.

Dokładnie. Na dodatek mam w głowie ileś skoków treningowych na tej wysokości, i to bardzo dobrych skoków. W finale olimpijskim wszystko ma ogromne znaczenie. Rozmawiając z trenerem, analizując starty wiem, że czasami za bardzo chcę, za bardzo się spinam. Sekret tkwi w tym, że w zawodach muszę skoczyć tak luźno, jak na treningu.

To prawda, że na treningach kilka razy skoczyła pani 4,90 m?

Prawda, tyle że nie przez poprzeczkę, a przez gumę.

To dlaczego tak trudno powtórzyć to w zawodach? Dlaczego tak trudno skakać pani ponad 4,80?

Nie chodzi o presję. Wytłumaczenie jest proste - na treningu mam 50 szans, mogę skakać do skutku. W zawodach mam po trzy próby na każdej wysokości.

W finale skoku wzwyż w Atlancie było trzech polskich skoczków wzwyż. Artur Partyka mówił, że to pomaga. W Pekinie w finale skoku o tyczce mogą być trzy Polki.

Naprawdę jest wtedy czas, by pomagać sobie nawzajem. My się kolegujemy. Podpowiadamy sobie, na każdych zawodach rozmawiamy. W Pekinie będziemy skoncentrowane na sobie, ale zawsze jest miejsce na to, by komuś pomóc, rzucić jakieś dobre słowo.

Anna Rogowska była brązową medalistką igrzysk w Atenach. Teraz walczy o powrót do wysokiego skakania. Może wrócić na tyle, by znowu liczyć się w walce o podium?

Ania walczy, walczy i jak na razie dobrze na tym wychodzi. Ostatnio dwa razy była trzecia, raz czwarta. Już jest w ścisłej czołówce, więc dlaczego w Pekinie miałoby być inaczej?

Co pani robi przed startem?

Na godzinę przed startem po prostu się pakuję (śmiech). A wcześniej? Leżę, więcej niż zazwyczaj. Oszczędzam energię. Im jestem starsza, tym bardziej się stresuję. Nie lubię być sama w takich sytuacjach. Wtedy myśli się o skakaniu, a to bez sensu. Lepiej z kimś bliskim porozmawiać.

W finale olimpijskim będzie większość tyczkarek, z którymi regularnie spotyka się pani w innych zawodach. Dlaczego akurat ten start jest tak szczególny, tak stresujący?

Bo jest świadomość, że to najważniejsze zawody świata, że to finał olimpijski. Ja i tak staram się sobie wmówić, że to normalne zawody. Byłam już w dwóch finałach olimpijskich. Za pierwszym razem, w Sydney, nie miałam w ogóle świadomości, co to za zawody. Młoda byłam, nie za bardzo wiedziałam, czy to moja droga życiowa, czy tylko przygoda. W Atenach było to czwarte miejsce i dramat. Wtedy jechałam na igrzyska z szóstym czy siódmym wynikiem na świecie. Teraz mam czwarty, ale jest więcej zawodniczek, które mogą tyle skoczyć. Jak mówiłam - przeżyłam już swoją tragedię olimpijską i nie chcę tego znowu przeżywać. Chcę, żeby skakanie sprawiało mi przyjemność. Teraz może mi być trudniej tylko dlatego, że to mogą być moje ostatnie igrzyska, ostatnia szansa.

Tak pani postanowiła?

Nie zakładam tego, ale kto wie? Trzy igrzyska to dużo, cztery bardzo dużo.

Jak będzie wyglądał ten finał? Jacek Wszoła kilka tygodni przez finałem w Montrealu w 1976 roku miał przemyślany każdy szczegół. Dokładnie wiedział, co będzie robił w każdej sytuacji: w słońcu, deszczu, gradobiciu. Pani też o tym myśli?

Myślę, ale na razie więcej o eliminacjach. Są ciężkie, na dodatek odbywają się dosyć wcześnie. W Pekinie chcę skakać na dłuższej o 5 cm tyczce, czyli mierzącej 4,50 m. Dzięki temu będę miała wyższy uchwyt. Wiem, że w finale będę skakać 4,40, 4,60, 4,70, a potem co 5 cm, niezależnie od tego, co się wydarzy. Plan mam i będę się go trzymać. Zobaczymy, co to da.

Monika Pyrek (ur. w 1980 roku w Gdyni), wicemistrzyni świata w skoku o tyczce z 2005 roku, wicemistrzyni Europy z 2006 r, czwarta w igrzyskach olimpijskich w Atenach (2004), 69-krotna rekordzistka Polski. Jej rekord życiowy to 4,82 m, który ustanowiła w zeszłym roku na finałach lekkoatletycznych w Stuttgarcie. W tegorocznych mistrzostwach świata w Valencji zajęła 3. miejsce. Mieszka w Szczecinie, reprezentuje tamtejszy klub MKL.

sobota, 2 sierpnia 2008

Przyjedź mamo na przysięgę...

Dziś grupa lekkoatletów, a w nich ja, złożyła ślubowanie w siedzibie PKOLu w Warszawie. Jutro wylatujemy do Japonii. Tam zostaniemy tydzień, a już 11 sierpnia jesteśmy w Pekinie.
Załączam krótki filmik z mojej nominacji:




No i tak było, a ja się zbieram do ostatniego pakowania. Następne blogi już z Japonii.

Monia