Inni lekkoatleci mogą w Pekinie zdobyć medale, na panią liczą wszyscy. Lubi pani startować pod taką presję?
Wolałabym, żeby mnie nie stawiać w takiej sytuacji.
Sama siebie postawiła pani w takiej sytuacji, od lat skacząc na najwyższym poziomie.
To miłe. Ale... Nie demonizuję igrzysk. Nie wmawiam sobie, że skoro to konkurs olimpijski, to wynik musi być nie wiadomo jaki. Skaczę już tyle lat, że naprawdę wiem, co mogę osiągnąć, a czego nie.
To co może pani osiągnąć w Pekinie?
Będę walczyć o medal, to jasne.
W czołówce jest bardzo ciasno.
Zdaję sobie sprawę, że o ten medal będzie walczyć osiem zawodniczek, a nie tylko trzy. Jestem w dobrej formie, ale co będzie w kwalifikacjach i w finale, jak się zachowa mój organizm, jak się zaaklimatyzuję, tego nie wiem.
Jelena Isinbajewa poprawiła w tym sezonie rekord świata już dwa razy. Nie wyprowadziła tym pani z równowagi? Nie zmniejszyła w pani wiary w siebie?
A dlaczego miałabym mniej w siebie wierzyć? Ona bije rekordy, a pozostałe tyczkarki mają się poddać, wycofać?
Pewnie, że nie, ale jednak jej skakanie o 20, a nawet więcej centymetrów wyżej może podciąć skrzydła.
W żadnym wypadku! Trafiłam na erę fenomenu. Artur Partyka też trafił na fenomena, Javiera Sotomayora. I co, miał nie skakać, miał zakończyć karierę? Nie. Każda z nas przez te lata, kiedy wiadomo, że Jelena jest najlepsza, nauczyła się skakać dla siebie. Pierwsze miejsce niby jest dla niej zarezerwowane, ale nikt nie odda jej go za darmo. Isinbajewa też musi walczyć. Nie może odpuścić. I ona o tym wie.
Nie jest pani zła, że trafiła się pani taka Isinbajewa?
Jeżeli mnie to wkurza to tylko wtedy, kiedy po zawodach pisze się i mówi tylko o Jelenie. Kiedy skacze rekord świata i nawet nie wiadomo, czy ktokolwiek z nią startował. To takie niedocenianie pozostałych dziewczyn. Ale z drugiej strony naprawdę każda z nas skacze dla siebie. Ja żyje swoim życiem, nie Jeleny.
Ostatni rekord Isinbajewa poprawiła dwa tygodnie przed igrzyskami. Postraszyła was, czy nie ma to żadnego znaczenia?
Śmieję się, że kiedy Jelena długo nie poprawiała rekordu, wszyscy się dziwili, dlaczego tego nie robi. A teraz, kiedy je poprawia, wszyscy się dziwią, że to robi. Jest świetnie przygotowana. I co ja mogę zrobić? Tylko walczyć. Z całych sił.
Można z nią powalczyć?
Jelena też się myli. Niedawno w Sztokholmie skoczyła 4,85 m. Wyżej nie dała rady. Gdzieś tam cień szansy jest... Ale nie nastawiam się na konkretny cel. Nikomu nie będę obiecywać, że jadę na igrzyska, by przyczaić się na Jelenę. Jadę tam po to, by zrealizować samą siebie. Będę zadowolona, jeżeli po finale wyjdę ze stadionu i nie będę miała żadnych wątpliwości, że można było zrobić coś więcej. Chcę medalu, ale jeżeli go nie zdobędę, to co będę mogła zrobić? Nic.
Zostawmy Isinbajewą. Jest jeszcze Amerykanka Stuczynski, też skacze bardzo wysoko.
No właśnie. Nie wiadomo, w jakiej będzie dyspozycji. Niedawno w Londynie bardzo pewnie skoczyła 4,80 ale miała dobre warunki. Kiedy skacze w Stanach wiadomo, że przeważnie ma perfekcyjne warunki, wiatr w plecy, do tego wielki materac, żeby pewnie się czuć. A w Europie czasami skacze się na malutkie materace, o wietrze lepiej nie mówić. Według mnie wszystkie, może poza Jeleną, startujemy z tego samego poziomu. Walka o olimpijskie podium będzie straszna.
Cztery lata temu w Atenach zajęła pani czwarte miejsce, przeżyła pani dramat, chciała pani kończyć karierę.
Wszystko prawda. Przy okazji igrzysk byłam już zła na siebie, nie chcę takich złych emocji drugi raz.
Forma jest, w tym sezonie skoczyła pani 4,75 dwa razy. Ale na medal może to być za mało.
W Pekinie chciałabym skoczyć w pierwszej próbie 4,80. To na pewno da medal. Nie wiem, czy coś niżej zagwarantuje miejsce na podium. Rok temu na mistrzostwach świata w Osace nikt się nie spodziewał, że 4,75 nie da medalu. Ja byłam tam czwarta, z takim samym wynikiem, co druga. Teraz też może się liczyć liczba zrzutek.
Czyli sprawa jest prosta - w finale musi pani być w życiowej formie.
Wygląda na to, że tak. Dużo będzie zależało od warunków, od pogody, ale skakanie będzie musiało być bardzo wysokie, na granicy mojego rekordu życiowego.
Przyjmijmy, że nie będzie ulewy, gradobicia, wichury.
Trzeba skoczyć 4,80. Atakował to wiele razy w tym sezonie. Najbliżej byłam w Rzymie, już byłam za poprzeczką, trąciłem ją przy spadaniu.
Dzięki temu teraz pani wie, że można tyle skoczyć.
Dokładnie. Na dodatek mam w głowie ileś skoków treningowych na tej wysokości, i to bardzo dobrych skoków. W finale olimpijskim wszystko ma ogromne znaczenie. Rozmawiając z trenerem, analizując starty wiem, że czasami za bardzo chcę, za bardzo się spinam. Sekret tkwi w tym, że w zawodach muszę skoczyć tak luźno, jak na treningu.
To prawda, że na treningach kilka razy skoczyła pani 4,90 m?
Prawda, tyle że nie przez poprzeczkę, a przez gumę.
To dlaczego tak trudno powtórzyć to w zawodach? Dlaczego tak trudno skakać pani ponad 4,80?
Nie chodzi o presję. Wytłumaczenie jest proste - na treningu mam 50 szans, mogę skakać do skutku. W zawodach mam po trzy próby na każdej wysokości.
W finale skoku wzwyż w Atlancie było trzech polskich skoczków wzwyż. Artur Partyka mówił, że to pomaga. W Pekinie w finale skoku o tyczce mogą być trzy Polki.
Naprawdę jest wtedy czas, by pomagać sobie nawzajem. My się kolegujemy. Podpowiadamy sobie, na każdych zawodach rozmawiamy. W Pekinie będziemy skoncentrowane na sobie, ale zawsze jest miejsce na to, by komuś pomóc, rzucić jakieś dobre słowo.
Anna Rogowska była brązową medalistką igrzysk w Atenach. Teraz walczy o powrót do wysokiego skakania. Może wrócić na tyle, by znowu liczyć się w walce o podium?
Ania walczy, walczy i jak na razie dobrze na tym wychodzi. Ostatnio dwa razy była trzecia, raz czwarta. Już jest w ścisłej czołówce, więc dlaczego w Pekinie miałoby być inaczej?
Co pani robi przed startem?
Na godzinę przed startem po prostu się pakuję (śmiech). A wcześniej? Leżę, więcej niż zazwyczaj. Oszczędzam energię. Im jestem starsza, tym bardziej się stresuję. Nie lubię być sama w takich sytuacjach. Wtedy myśli się o skakaniu, a to bez sensu. Lepiej z kimś bliskim porozmawiać.
W finale olimpijskim będzie większość tyczkarek, z którymi regularnie spotyka się pani w innych zawodach. Dlaczego akurat ten start jest tak szczególny, tak stresujący?
Bo jest świadomość, że to najważniejsze zawody świata, że to finał olimpijski. Ja i tak staram się sobie wmówić, że to normalne zawody. Byłam już w dwóch finałach olimpijskich. Za pierwszym razem, w Sydney, nie miałam w ogóle świadomości, co to za zawody. Młoda byłam, nie za bardzo wiedziałam, czy to moja droga życiowa, czy tylko przygoda. W Atenach było to czwarte miejsce i dramat. Wtedy jechałam na igrzyska z szóstym czy siódmym wynikiem na świecie. Teraz mam czwarty, ale jest więcej zawodniczek, które mogą tyle skoczyć. Jak mówiłam - przeżyłam już swoją tragedię olimpijską i nie chcę tego znowu przeżywać. Chcę, żeby skakanie sprawiało mi przyjemność. Teraz może mi być trudniej tylko dlatego, że to mogą być moje ostatnie igrzyska, ostatnia szansa.
Tak pani postanowiła?
Nie zakładam tego, ale kto wie? Trzy igrzyska to dużo, cztery bardzo dużo.
Jak będzie wyglądał ten finał? Jacek Wszoła kilka tygodni przez finałem w Montrealu w 1976 roku miał przemyślany każdy szczegół. Dokładnie wiedział, co będzie robił w każdej sytuacji: w słońcu, deszczu, gradobiciu. Pani też o tym myśli?
Myślę, ale na razie więcej o eliminacjach. Są ciężkie, na dodatek odbywają się dosyć wcześnie. W Pekinie chcę skakać na dłuższej o 5 cm tyczce, czyli mierzącej 4,50 m. Dzięki temu będę miała wyższy uchwyt. Wiem, że w finale będę skakać 4,40, 4,60, 4,70, a potem co 5 cm, niezależnie od tego, co się wydarzy. Plan mam i będę się go trzymać. Zobaczymy, co to da.
Monika Pyrek (ur. w 1980 roku w Gdyni), wicemistrzyni świata w skoku o tyczce z 2005 roku, wicemistrzyni Europy z 2006 r, czwarta w igrzyskach olimpijskich w Atenach (2004), 69-krotna rekordzistka Polski. Jej rekord życiowy to 4,82 m, który ustanowiła w zeszłym roku na finałach lekkoatletycznych w Stuttgarcie. W tegorocznych mistrzostwach świata w Valencji zajęła 3. miejsce. Mieszka w Szczecinie, reprezentuje tamtejszy klub MKL.
Rafał Kazimierczak

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz